10:12

Papier czy e-book? 13 różnic między formatami

Papier czy e-book? 13 różnic między formatami

Od mojego pierwszego kontaktu z czytnikiem e-booków, stałem się wielkim entuzjastą e-czytania. Po części wynikało to z okoliczności. Mieszkałem wtedy za granicą, a Kindle był najlepszym z możliwych sposobów na czytanie książek (i prasy) po polsku. Od roku mieszkam znowu w Polsce, gdzie czytam zarówno na papierze, jak i e-papierze. Jak wygląda powrót do książek tradycyjnych po 5 latach czytania tylko na czytniku?

Bardzo przyjemnie! Serio. Bardzo lubię książki papierowe. Lubię je kupować. Lubię je dostawać. Lubię je czytać. Lubię je mieć. Zawsze byłem zadowolony z nowej książki. Co piszę całkowicie świadomy tego, że sam przed chwilą napisałem, że jestem wielkim entuzjastą e-czytania.

Przez większość mojego życia czytałem papier. Tylko papier. Później przez prawie 5 lat czytałem e-booki. Tylko e-booki. Od roku mam okazję i przyjemność czytać w każdej formie, zarówno książki tradycyjne, jak i elektroniczne. Ba, część książek czytałem jednocześnie na papierze i czytniku.

Co się okazało? Co jest lepsze? Co wybrać? Książka czy e-book?
Przed podjęciem ostatecznej decyzji, prześledźmy sobie po kolei wszystkie różnice pomiędzy tymi formami czytania.

E-BOOK NIE PACHNIE

Jest to chyba najczęściej powtarzany fakt przeciwników e-booków. I nie da się zaprzeczyć, że e-book rzeczywiście nie pachnie. Nigdy jednak nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego fakt ten staje się głównym argumentem przeciwko e-bookom. Jakim cudem niemożność powąchania książki elektronicznej ma od razu dyskwalifikować tę formę czytania?

Jestem w stanie uwierzyć, że zapach kleju, papieru i farby drukarskiej komuś się podoba. Spoko. Ale dlaczego książka, która nie pachnie, ma być od razu gorsza? Przecież książka papierowa też nie zawsze pachnie. I co? Takiej nie warto już czytać, bo nie będzie z tego żadnej przyjemności?

KSIĄŻKI SĄ DUŻE I CIĘŻKIE

Książki papierowe bywają naprawdę ciężkie. Zwłaszcza gdy są duże. Ma to znaczenie przy ewentualnych przeprowadzkach, urlopach, ale też w dzień powszedni, kiedy chcemy zabrać ze sobą lekturę, by poczytać w drodze do pracy. 

Ciężar i gabaryty książek bywają kłopotliwe również w przypadku uzbierania pokaźnej ich kolekcji. W dodatku podczas noszenia niepotrzebnie obciążają kręgosłup.

Czytniki e-booków są za to małe i lekkie. Mój wraz z okładką waży mniej niż 3 tabliczki czekolady. A bez okładki połowę tego. I mieści się w kieszeni spodni. Dodatkowo e-booki można przecież czytać nie tylko na czytniku, ale praktycznie na każdym telefonie. Tak więc całą bibliotekę można mieć zawsze przy sobie. Bez negatywnego wpływu na kręgosłup.

KSIĄŻKA SIĘ NIE ROZŁADUJE

Z faktu, że e-booki można czytać jedynie za pomocą sprzętu elektronicznego, wynika jedna z głównych wad – możemy nagle stracić dostęp do lektury, jeśli bateria się rozładuje. Nie jest to jakoś szczególnie kłopotliwe, bo czytniki mają bardzo dobrą żywotność na jednym ładowaniu, a o tego odpowiednio wcześnie informują o tym, że pora je nakarmić. Tym niemniej, jest to rzecz wymagająca odnotowania.

E-BOOKA MOŻNA CZYTAĆ W CIEMNOŚCI

E-booka można czytać nawet w największej ciemności. Wszystkie nowe modele czytników mają oświetlenie, tak samo, jak wszystkie telefony i tablety mają podświetlenie. Książka papierowa potrzebuje oświetlenia zewnętrznego, które nie zawsze jest dostępne.

E-BOOKA MOŻNA DOSTOSOWAĆ DO WŁASNYCH POTRZEB

Książka raz wydrukowana, zawsze będzie taka sama. W przeciwieństwie do e-booka, którego można dostosować do własnych potrzeb. Wielkość liter, ich krój, wielkość marginesów i odległość między wierszami – to wszystko można w prosty sposób ustawić w taki sposób, żeby lektura była jak najbardziej wygodna i przyjemna. 

Póki co zmniejszam font i ustawiam najmniejsze odległości i marginesy, ale dla wielu, zwłaszcza starszych osób, to możliwość powiększenia liter będzie wielką zaletą e-booków. To cecha, która z pewnością jest dla wielu kluczowa.

E-BOOK JEST ODPORNY NA ŻYWIOŁY

Książka jest bardzo podatna na działanie ognia czy wody, co bardzo źle wpływa na żywotność książki. E-book jest odporny na to wszystko. Bo przecież książka elektroniczna, jako twór niematerialny, jest niezniszczalny. Technicznie rzecz biorąc, zniszczyć można co najwyżej nośnik, ale samej e-książki już nie.

Ale ok, jeśli ktoś chciałby się czepiać, to na ten moment założyć nawet możemy, że czytnik e-booków to książka. A ten, podobnie jak papier, na ogień odporny póki co jeszcze nie jest. Za to na wodę – nowsze modele już tak.

E-BOOKI SĄ TANIE, ALE CZYTNIK JEST DROGI

Inna sprawa, że gdy stanie się coś z naszą książką, na przykład zostawimy ją w autobusie albo w samolocie, to strata będzie raczej niewielka. Przynajmniej w porównaniu ze zgubionym albo zniszczonym czytnikiem. Bo ten kosztuje przynajmniej kilkaset złotych.

Nie oznacza to jednak w żaden sposób, że czytnika nie opłaca się kupować. Otóż opłaca się. I to bardzo. Mamy w Polsce kilka (jeśli nie nawet kilkanaście) internetowych księgarni z e-bookami. Zawsze jest tam jakaś promocja. Naprawdę zawsze. W każdej księgarni. Jeśli więc ktoś nie ma parcia na najnowsze publikacje, to przy odrobinie cierpliwości, można załapać się na ogromną promocję nawet książki, która na co dzień kosztuje 70 zł. Sam bardzo, bardzo rzadko płaciłem więcej niż 15 zł za e-booka.

Na książki papierowe też są oczywiście promocje, ale nie aż takie. I raczej nie na topowe pozycje.

E-BOOKA DOSTĘPNY NATYCHMIAST

Skoro już jesteśmy przy kupowaniu, warto od razu poruszyć inną kwestię z tym związaną. Cechą e-booków jest natychmiastowy dostęp do zakupionych pozycji. Natomiast po książki papierowe trzeba się albo wybrać do księgarni, albo poczekać na odwiedziny kuriera.

Ta natychmiastowość zakupów książek elektronicznych przedstawiana jest jako wielka zaleta. I z pewnością tym jest. Sam tak uważam. Ale gdy niedawno kupiłem książki i czekałem na kuriera z paczką, przypomniałem sobie, jakie to ekscytujące.

Jakoś tak mam, że bardzo się jaram paczkami, które mają do mnie dotrzeć. Zawsze w takiej sytuacji co chwilę sprawdzam status przesyłki, żeby wiedzieć gdzie jest i co się z nią właśnie dzieje. A gdy już w końcu trafi w moje ręce, to rozpakowywanie jej sprawia mi tyle samo frajdy, co rozpakowywanie prezentów pod choinką. Mimo, iż wiem co jest w środku.

Tak samo z wyprawami po książki do sklepu. Lubię to. No po prostu to lubię. Zakupy e-booków nie dają takich emocji.

KSIĄŻKI ŁĄDNIE PREZENTUJĄ SIĘ NA PÓŁKACH

Zawsze podobały mi się regały „zawalone” książkami. Jest to chyba najfajniejszy sposób aranżacji wnętrz. Dodatkowo, jako człowiek z żyłką kolekcjonera, wyobrażam sobie, jak fajnie jest patrzeć na rosnący zbiór książek. Tylko sobie wyobrażam, bo sam mam ich bardzo mało. To co czytałem, najczęściej pochodziło z bibliotek.

Co prawda jest pewien sposób na e-booki na półkach, ale jakoś mnie on nie przekonuje:



NA CZYTNIKU CZYTA SIĘ WIĘCEJ I SZYBCIEJ

Są nawet badania w tej sprawie. Ale mi one w sumie do niczego nie są potrzebne, bo prawdę tę znam z autopsji. Sam na sobie zauważyłem, że odkąd zaopatrzyłem się w czytnik e-booków, to czytam dużo więcej i dużo szybciej. 

Pierwsze wynikać może z faktu, że e-booki pozwalają na czytanie w praktycznie każdej sytuacji. Czasem nie ma możliwości albo po prostu nie chce się wyciągać z torby książki, za to nie ma problemu, żeby na chwilę wyciągnąć czytnik lub telefon, by przeczytać choćby mały fragment tekstu.

Natomiast zwiększona szybkość czytania, to efekt wspomnianej już możliwości dostosowania sobie wyświetlania książki do swoich potrzeb.

PAPIER LEPIEJ SIĘ ZAPAMIĘTUJE

Na potwierdzenie tego też są wyniki badań. Skąd to zjawisko? Ocenia się, że powodów może być kilka. Na przykład taki, że książka jest medium znanym naszemu mózgowi, który nauczył się przyswajać z niego jak najwięcej informacji, a e-book jest wynalazkiem młodym i nie jesteśmy jeszcze do tego ewolucyjnie przystosowani. A przynajmniej nie tak dobrze, jak do papieru.

Kolejnym powodem może być fakt, że czytając książkę zapisujemy w głowie więcej informacji, niż tylko jej treść. Takie jak grubość książki, pozycja w jej przestrzeni czytanego fragmentu, krój czcionki itd. Podczas czytania papieru odbieramy też bodźce dotykowe, wzrokowe i węchowe (ten słynny zapach książki). Wszystkie to  składa się na ogólny odbiór książki. A im więcej bodźców i informacji na raz, wspólnie ze sobą połączonych, tym lepiej zapamiętuje się informacje.

W każdym razie, beletrystyka sprawdza się w formie elektronicznej znakomicie. Ale do książek naukowych czy bardziej poważnych wydawnictw, zdecydowanie polecam wydanie papierowe. Tym bardziej, że z e-bookiem pracuje się bardzo ciężko. Mimo, iż jest możliwość robienia zakładek, notatek i podkreśleń.

CZYTANIE E-BOOKA NIE JEST DOBRYM PRZYKŁADEM DLA DZIECKA

To rzecz nad którą bardzo ubolewam. Wiele się mówi o tym, żeby dawać dziecku dobry przykład i czytać. Jeśli dziecko będzie widziało, że rodzic czyta, to samo będzie chciało to robić. Oczywista sprawa, w końcu dziecko uczy się przez naśladowanie. 

Niestety, ale w przypadku e-booków to tak nie działa. Dziecko w czytniku nie widzi książki. Dla niego to jest czytnik. Kolejny gadżet, którym chce się pobawić. Na równi z telefonem czy innym tabletem. Choć tu oczywiście dużo zależy od wieku dziecka.

CZYTNIK E-BOOKÓW KUMULUJE W SOBIE WSZYSTKIE KSIĄŻKI

Gdy brałem czytnik do ręki, wielokrotnie zastanawiałem się nad pewnym fenomenem. Zagadką było dla mnie, jak to jest, że tak bardzo lubię ten sprzęt. A było to o tyle ciekawe, że im dłużej obcowałem z czytnikiem, tym bardziej go lubiłem. W końcu mnie oświeciło!

I nie chodzi tu wcale o żadną konkretną właściwość mojego czytnika. Z pewnością to samo by się okazało z każdym innym sprzętem.

Książki przez nas przeczytane wzbudzają w nas zupełnie inne emocje, niż te nieprzeczytane. Lektura książki sprawia, że przeżywamy (mniej lub bardziej) to, co się w nich dzieje. 

Zrób sobie taki mały test. Weź do ręki jakąś przeczytaną książkę. Może być jakoś dawno przerobiona, ale lepiej, jeśli będzie to coś świeżego. Popatrz sobie na nią, i zaobserwuj co czujesz. Nie musisz nawet przypominać sobie jej treści. Ważne są uczucia i emocje.

A teraz weź kolejną książkę i zrób to samo. Zauważysz zapewne, że znowu pojawią się uczucia i emocje. Ale tym razem inne. Może słabsze, może silniejsze. Ale na pewno inne.

Można tak bez końca. Wzięcie do ręki książki przywołuje to, co wywoływała w czasie lektury. 

Teraz wyobraź sobie, że czytnik wszystko to w sobie kumuluje. To on jest pośrednikiem pomiędzy nami, a książką. Tak więc im więcej książek za jego pomocą przeczytamy, tym nie tylko więcej emocji przy jego udziale odczuwamy, ale też z każdym e-bookiem się one wzmacniają.

I właśnie za to go uwielbiam!

TO W KOŃCU CO?
E-BOOK CZY PAPIER?


A wybierz sobie co chcesz. To, co bardziej ci odpowiada, z czym lepiej się czujesz. 

Osobiście nie mam żadnego problemu z tym, by jedną książkę czytać na przemian na papierze, tablecie, czytniku i telefonie. Przetestowałem to ostatnio, i sprawdza się znakomicie.

Najczęściej jest tak, że ci, co lubią e-booki, nie mają nic przeciwko książkom papierowym. Natomiast fanatycy i fetyszyści szelestu papieru i zapachu kleju uważają, że e-book, to produkt wybrakowany.

Możesz sobie uważać, że nie lubisz e-booków. Twoje prawo. Twoja sprawa. Ale nie mów mi, że e-book, to nie książka. Tak samo, jak zapewne nie powiesz mi, że nie lubisz i nie czytasz newsów, ani żadnych artykułów w Internecie, bo liczy się tylko prasa drukowana…

Bo książka, to książka. Reszta, to tylko nośnik i otoczka.

Czytaj więc tak, jak lubisz. I pozwól innym robić to samo.


15:18

Pamiętaj co obiecujesz dziecku

Pamiętaj co obiecujesz dziecku

Dziecko ufa. Zwłaszcza rodzicom. Dlatego, jeśli któreś z rodziców coś mu obiecuje, to dziecko wierzy, że tak właśnie będzie. Ba, jest wręcz co do tego przekonane. Często jest na tyle pewne, że nie czuje się nawet w obowiązku o obietnicy przypomnieć. Przecież tata obiecał, to na pewno pamięta i z obietnicy się wywiąże. Wierzy, że rzeczy ważne dla niego, są tak samo ważna dla rodzica. I tak rzeczywiście jest. Niestety, rodzic czasem zapomina co obiecał…

WESOŁE MIASTECZKO PRZYJECHAŁO!

Bardzo lubiłem wesołe miasteczka. Jak pewnie każde dziecko. Zawsze więc cieszyłem się, gdy ta atrakcja pojawiała się w mieście. I to pomimo faktu, że nie zawsze wizyty kończyły się dla wszystkich radośnie. Zdarzało się na przykład, że brat wjechał motorynką w stojącą przy torze publiczność. Albo ja sam straciłem zegarek i kawałek zęba w trakcie jazdy elektrycznymi samochodzikami. Choć domyślam się, ze najmniej zadowolona była zawsze i tak osoba, która za te nasze wygłupy płaciła.

Niezależnie jednak od niektórych niewesołych przygód, dla mnie wesołe miasteczko było zawsze właśnie takie - wesołe. Dlatego też, gdy tylko dowiadywałem się o przyjeździe miasteczka (są jeszcze w ogóle objazdowe wesołe miasteczka?), koniecznie chciałem skorzystać choćby z jednej atrakcji.

NASTĘPNYM RAZEM PÓJDZIEMY

Tak więc, gdy pewnego razu przechodziłem z tatą obok placu na którym stały karuzele, samochodziki i inne kolejki, wyraziłem swą wolę skorzystania z tej rozrywkowej oferty. Nie pamiętam jakich słów wtedy użyłem. Ale pamiętam bardzo dobrze, co powiedział tata:
Teraz nie. Teraz musimy wracać do domu.
Pójdziemy następnym razem.
 
Byłem oczywiście niepocieszony. Jak każde dziecko, które chce wszystko tu i teraz. Ale zapisałem sobie w pamięci długotrwałej, że gdy następnym razem przyjedzie wesołe miasteczko, to na pewno będę w nim się bawił. Na pewno! Przecież tata tak powiedział.

WESOŁE MIASTECZKO ZNOWU PRZYJECHAŁO!

Gdy zatem któregoś razu znowu przechodziliśmy obok miejsca na którym zawsze stało wesołe miasteczko, i one rzeczywiście znowu tam było, cieszyłem się jak głupi. Naprawdę. Pamiętam bardzo dobrze, jak bardzo się ucieszyłem.

Byłem przekonany, że już niebawem będę jeździł kolejką w kształcie smoka, albo tymi nieszczęsnymi autami na prąd. Przecież tata obiecał – przekonywałem siebie. Mieliśmy iść następnym razem, i ten następny raz właśnie nastał.

Nic tacie nie mówiłem, bo byłem przekonany, że skoro obiecał, to na pewno pamięta. Niestety, chyba nie pamiętał… Nie poszliśmy się pobawić. Ani tym następnym razem, ani żadnym z kolejnych. A było ich jeszcze co najmniej kilka.

WESOŁE MIASTECZKO JUŻ NIE PRZYJEDZIE

Kilka lat po obietnicy przeprowadziliśmy się z całą rodziną do innego mieszkania. Z jego okien widać było cały plac, który wielokrotnie stawał się centrum dziecięcej rozrywki w mieście. Plac ten długo stał pusty. W końcu przyjechał na niego sprzęt!

Niestety, były to koparki, buldożery i żurawie. I zamiast postawić wesołe miasteczko, postawili supermarket.

Wtedy zrozumiałem, że wesołe miasteczko już nigdy tam nie powstanie.
A niespełniona obietnica sprzed kilku lat, pozostanie taką już na zawsze…

15:45

Czytnik Kindle #DobryZakup

Czytnik Kindle #DobryZakup

Często, zdecydowanie za często bywa tak, że kupiony sprzęt elektroniczny albo nie spełnia oczekiwań (bo na przykład mieliśmy je zbyt wygórowane), albo po prostu za szybko się psuje. A jak dwa te czynniki wystąpią jednocześnie, to już w ogóle tragedia. Są jednak sprzęty, które pomimo upływu lat, nawet przy codziennym ich użytkowaniu, zachowują swoją pełną funkcjonalność. Mam takich kilka. Dziś przedstawię jeden z nich.

Co prawda zdążyłem już w międzyczasie wymienić swój model na nowszy, ale nie była to konieczność spowodowana awarią lub spadkiem funkcjonalności. Chodziło o to, że chciałem czegoś jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Czy też, co równie prawdopodobne, marketingowcy producenta przekonali mnie, że potrzebuję zrobić upgrade. ;) 

Kindle
Classic [14 II 2012], Paperwhite [24 VI 2013]

Swój pierwszy czytnik ebooków kupiłem za czasów mojej emigracji w Niemczech. Siedziałem sam w pokoju i oglądałem TV. Jak ostatni przegryw – w walentynki przed telewizorem…


Ale i tak warto było, bo zobaczyłem reklamę czytnika Kindle. Wtedy jeszcze nie wszystko rozumiałem, co tam w niej mówili, ale widziałem, że jest to sprzęt za pomocą którego można czytać książki. Przypomniało mi się też, że w CD-ACTION czytałem kiedyś recenzję Kindle’a.

Zrobiłem więc szybki risercz w Internecie. Trafiłem wtedy na stronę Świat Czytników, bo nie sposób tam nie trafić, jeśli szuka się w polskiej sieci informacji o czytnikach ebooków. Strona Roberta chyba nawet nie ma konkurencji, ale to wcale nie jest powód dla którego jest to najlepsze miejsce o czytnikach w polskiej przestrzeni sieciowej.

Przeczytałem tam chyba wszystko na temat Kindle Classic. Moja decyzja mogła być wtedy tylko jedna – CHCĘ! Tak więc szybko zarejestrowałem się na Amazonie, złożyłem zamówienie, i już na drugi dzień byłem szczęśliwym posiadaczem swojego pierwszego Kindle’a.

Dla kogoś, kto siedział za granicą i chciał mieć możliwość czytania książek po polsku, a przy tym nie miał ochoty dźwigać i gromadzić ton książek, był to sprzęt wręcz idealny! Co więcej – dzięki abonamentowi POLITYKI Cyfrowej, mogłem czytać nie tylko książki, ale i tygodnik, co pozwalało mi być w miarę na bieżąco w kwestii tego, co działo się w kraju.

I choć nie minęło nawet 1,5 roku, jak kupiłem nowy czytnik – model Paperwhite, to nie zrobiłem tego, bo poprzedni nagle odmówił posłuszeństwa. Kupiłem go, bo był to pierwszy Kindle, który miał podświetlenie, pozwalające na czytanie w każdych warunkach oświetleniowych.

Classic, o którym możecie przeczytać TUTAJ, do dziś służy przyjacielowi. A ma już prawie 6 lat (Kindle, nie przyjaciel). Ja natomiast od ponad 4 lat czytam regularnie za pomocą mojego Kindle Paperwhite. 

Jak widać, czytnik Kindle to zakup na wiele lat. I choć od czasu do czasu myślę sobie, że chciałbym nowszy model, to zawsze jest to właśnie chęć, a nie konieczność. 

Kupno czytnika Kindle to była jedna z najlepszych inwestycji w moim życiu. Nie żałuję ani jednego centa, jakiego na niego przeznaczyłem. Do dziś uśmiecham się gdy biorę czytnik do ręki. Z radości, że go mam.

08:08

Krótka historia o świni i morderstwie, ze zjawiskiem paranormalnym w tle

Krótka historia o świni i morderstwie, ze zjawiskiem paranormalnym w tle

Dawno, dawno temu, mały Karolek pojechał z rodzicami do rodziny na wieś. Wujek miał tam gospodarstwo, z którego dobrodziejstw korzystali od czasu do czasu inni członkowie rodziny, mieszkający na co dzień w betonowych miastach. Nie sposób przecież pogardzić wspaniałymi, świeżymi produktami, pochodzącymi wprost od gospodarza. Taki był też cel tej wizyty – miano ubić świniaka, by przygotować zeń pożywienie dla mięsożerców.

Ponieważ przy takiej pracy każda para rąk się przydaje, zagoniono też Karolka do pomocy. Jego zadaniem miało być noszenie owoców* pracy rąk rzeźnika z obory, gdzie ten pracował, do domu. Praca to nieskomplikowana, ale wielokrotnie powtarzana, co dla chudych rączek Karolka wcale łatwe nie było.

Zanim Karolek zaczął w ogóle biegać pomiędzy domem, a oborą, całkiem bez ostrzeżenia, zaserwowany mu został widok, jak właścicielka przyszłych pasztetów, parówek i kotletów, pozbawiona została prawa do gospodarowania tym towarem. Mówiąc wprost, Karolek zobaczył, jak rzeźnik zdzielił świnię tępą stroną wielkiej siekiery. Prosto w głowę. Tych uderzeń było chyba kilka, ale pewności nie miał, bo już po pierwszym odwrócił głowę. 

Ale wróćmy do meritum, czyli do Karolka biegającego co chwilę przez podwórko z nową porcją towaru. Za którymś z takich kursów, rzeźnik wręczył naszemu wątłemu bohaterowi miskę pełną mięsa, i dokładnie poinstruował: Zanieś to do domu i powiedz, że to mielone.

Tak więc Karolek posłusznie wziął miskę, zaniósł do domu i powiedział co mu przykazano.
- Co? – zdziwiła się mama Karolka, która odebrała przesyłkę. – To ma być mielone? Zanieś to z powrotem i powiedz, żeby to bardziej zmielili. Bo teraz, to to jest mięso, ale na pewno nie mielone.

I choć miska była ciężka, a chudziutkie ręce Karolka już coraz bardziej wyczerpane, chłopiec posłusznie zaniósł mięso z powrotem do rzeźnika. Bo cóż biedakowi pozostało?

Parówkotwórca był oczywiście zaskoczony zwrotem towaru, ale nawet na moment nie stracił trzeźwości umysłu. Do końca zachował zimną krew. Takie przynajmniej Karolek odniósł wrażenie, bo wyglądało, że rzeźnik wie co robi. Wziął od chłopca miskę, położył na swoim stole rzeźnickim, lekko zamieszał dłońmi zawartość i powiedział stanowczo: Zanieś to do domu za 15 minut.

Karolek co prawda nie wiedział o co chodzi, ale przecież nie musiał. Po pierwsze, to rzeźnik jest przecież fachowcem, więc to on powinien się znać. Po drugie zaś – właśnie zyskał 15 minut spokoju. Mógł więc pozwolić swoim mięśniom odpocząć.

Po przykazanych piętnastu minutach nasz mały bohater wziął miskę i pełen obaw, że za chwilę i tak będzie musiał z nią wrócić, zaniósł ją ponownie do domu. Tam, tak jak za pierwszym razem, odebrała ją od niego mama. Spojrzała na zawartość miski, pokiwała z satysfakcją głową i powiedziała: No! Teraz to jest porządnie zmielone!

Karolek był bardzo zdezorientowany. Zupełnie nie wiedział co właśnie się stało. Jak to możliwe, że mięso, które zostało jedynie ręcznie przemieszane przez rzeźnika, nagle okazało się być bardziej zmielone, niż 15 minut wcześniej? 

Teorii miał kilka. Na przykład taką, że rzeźnik okazał się mieć w dłoniach maszynkę do mięsa. Albo taką, że w ciągu tych kilkunastu minut jego mamie zmieniła się definicja pojęcia „mięso mielone”. Pomyślał nawet, że może rolę odegrały jakieś zasady fizyki kwantowej, które sprawiły, że mięso w kwadrans przeistoczyło się z „za mało zmielonego” we „właściwie zmielone”.

Ostatecznie jednak sprawa pozostaje bez odpowiedzi. A Karol do dziś nie może spać nocami, bo głowi się nad zagadką z czasów, kiedy to był jeszcze małym Karolkiem.



*) Kiełbasa to też OWOC. Owoc pracy rąk rzeźnika.
Wychodzi więc na to, że WSZYSCY JESTEŚMY WEGETARIANAMI!

16:12

W dzieciństwie nie nauczono mnie tej rzeczy. Do dziś odczuwam tego konsekwencje

W dzieciństwie nie nauczono mnie tej rzeczy. Do dziś odczuwam tego konsekwencje

Nie miałem złego dzieciństwa. Wręcz przeciwnie. Bardzo miło je wspominam. Żałuję tylko dwóch rzeczy z lat dziecięcej beztroski. Pierwszą z nich jest fakt, że byłem chyba zbyt grzeczny. Za mało sobie pozwalałem na różne szaleństwa, przez co mam teraz naprawdę niewiele bardzo ciekawych wspomnień z tamtego okresu. Drugiej rzeczy zostałem pozbawiony bez mojej świadomości. A konsekwencje tego odczuwam do dziś.

I nie mam tu na myśli małej zabawki, karetki z napędem, którą dostałem pod choinkę. Było to moje ulubione auto. Pewnego zwyczajnego dnia, gdy wróciłem ze szkoły, nie mogłem nigdzie znaleźć tej karetki. Byłem zrozpaczony. Ale dopiero po kilku dniach moich poszukiwań autka dowiedziałem się, że otrzymało je dziecko znajomej jednego z rodziców, podczas wizyty w naszym domu. 

Zupełnie obce mi dziecko całkowicie obcej mi osoby, dostało moją ulubioną zabawkę. Bez mojej wiedzy i zgody. Podczas mojej nieobecności. Nigdy wcześniej nie byłem tak zły i zrozpaczony jak wtedy. Bo też nigdy wcześniej nie spotkało mnie coś takiego. I na szczęście jeszcze tylko raz później.

Nie mogę co prawda powiedzieć, że to wywarło na mnie jakiś wielki wpływ, że mnie w jakiś sposób ukształtowało. Ale na pewno było ważne. O czym świadczy choćby fakt, że do dzisiaj o tym pamiętam.

NAUCZ MNIE SŁUCHAĆ

Inaczej było z inną rzeczą, której mnie pozbawiono. O ile w ogóle można tu mówić o pozbawieniu czegoś, czego tak naprawdę i tak nie miałem. Chodzi bowiem o to, że nie dane mi było posiąść pewnej zdolności. Zdolności, która może się wydawać naturalną, ale w rzeczywistości jej też trzeba się nauczyć.

Jak to jest, że rodzice z pasją i zaangażowaniem uczą dzieci samodzielnego jedzenia, stawiania pierwszych kroków, jazdy na rowerze, czytania, pisania, i jeszcze tysiąca innych umiejętności, a nie uczą ich słuchania muzyki?

Odpowiedź na to pytanie jest banalnie wręcz prosta. Dziecko można nauczyć tylko tego, co samemu się potrafi. Niemożliwym jest więc nauczenie pociechy słuchania muzyki, jeśli samemu się tego nie robi. Jeśli jedyny kontakt z piosenkami, to bierne zazwyczaj słuchanie rozgłośni radiowych, a aktywne słuchanie włącza się co najwyżej w trakcie nadawania programów informacyjnych.

Nie mam więc pretensji do rodziców, że nie zostałem nauczony pełnego czerpania z dobra, jakim jest muzyka. To w końcu nawet w najmniejszym stopniu nie jest ich wina.

Nie zmienia to jednak faktu, że brak ten odczuwam do dziś.

SŁYSZEĆ I SŁUCHAĆ, TO NIE TO SAMO

Chodziłem co prawda na szkolne bale i dyskoteki. Byłem też na kilku pomniejszych koncertach. Ale to praktycznie zawsze chodziło o spędzenie czasu w towarzystwie znajomych, a nie o koncert sam w sobie.

Mam też kilka swoich ulubionych zespołów i muzyków, jak chociażby Lao Che, Czesław Śpiewa, Domowe Melodie, Maria Peszek, Katarzyna Nosowka i Hey. Ale to moje odkrycia dopiero ostatnich lat. I cały czas mam wrażenie, że choć doceniam i uwielbiam ich twórczość, to jednak nie potrafię wyciągnąć z nich maksimum tego, co w sobie mają.

W muzyce skupiam się przede wszystkim na tekście. Jasne, że nawet najlepszy tekst piosenki, bez odpowiednio dobrej muzyki, raczej nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia, jak utwory wymienionych wyżej artystów. Ale to jednak przede wszystkim tekst jest tym, co mnie do nich przyciąga.

Dość powiedzieć, że swoje próby świadomego słuchania muzyki rozpocząłem dopiero po bliższym kontakcie z poezją śpiewaną. Grechuta, Bajori te klimaty. To chyba wystarczająco dobitnie pokazuje, jak ważny w muzyce jest dla mnie tekst?

TEKST TO NIE WSZYSTKO

Muzyka jest dla mnie dodatkiem do treści piosenki. I choć w ten sposób też można czerpać z tego ogromną przyjemność, nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że spora część tej przyjemności mnie po prostu omija. Że przechodzi gdzieś obok. Uśmiecha się co prawda do mnie, nawet macha w moim kierunku, ale ja nie potrafię jej dostrzec, by móc zaprosić do siebie i się zaprzyjaźnić.

Czuję pewnego rodzaju zazdrość, gdy słucham z jak wielką pasją  i radością przyjaciele rozmawiają z moją żona o muzyce. O swoich ulubionych zespołach i piosenkach. O emocjach i uczuciach z nimi związanymi. Czuję zazdrość, gdy widzę jak bardzo cieszą się z faktu, że udało im się zdobyć bilet na wielki koncert ulubionego zespołu.

I ogromnie cieszę się, że moja żona należy do tych szczęśliwców dla których muzyka jest nie tylko niezwykle ważna w życiu, ale też potrafi czerpać z niej wszystko to, co najlepsze. Cieszę się, bo to wielka szansa dla naszego dziecka na to, by również mogło w pełni cieszyć się muzyką.

15:27

Nie będziesz całować mojego dziecka w usta!

Nie będziesz całować mojego dziecka w usta!

Była osoba, która zaraz przy pierwszym kontakcie z moją córką, od razu chciała zaserwować jej buziaka. W usta. I choć miałem wtedy dziecko na rękach, nie zdążyłem zareagować. Zwyczajnie nie spodziewałem się ataku, więc nie byłem na niego przygotowany. Na szczęście córcia okazała się bardziej czujna ode mnie, a do tego dysponowała znakomitym refleksem – w porę więc odwróciła głowę, dzięki czemu całus trafił w polik.

Odetchnąłem z ulgą, a przy tym byłem dumny z reakcji córki. Oczywiście, że była to reakcja instynktowna, a nie świadoma. Ale jak najbardziej prawidłowa. Osoba widziana pierwszy raz, próbuje zrobić coś, co dla małego dziecka było całkowicie obce.

Osoba, która chciała pocałować dziecko w usta, była równie zaskoczona, co moja pociecha. Wyglądała nawet na dość zasmuconą. Tak, jakby uznała, że dziecko poprzez swoją reakcję ją odrzuciło. Szybko więc wyjaśniłem, że córka po prostu nie zna czegoś takiego, jak całowanie ją w usta. Ta informacja również była zaskakująca, ale została przyjęta z akceptacją.

Była też inna osoba, która oczekując pierwszego spotkania z moim dzieckiem stwierdziła, że już się nie może doczekać, aż będzie mogła je przytulić i ucałować. Ponieważ wiedziałem, że jest to osoba, która nawet w całowaniu w usta swoich kilkunastoletnich dzieci nie widziała niczego złego, pospieszyłem z informacją, że owszem – będzie mogła dać buziaka, ale nie w usta.

Na twarzy tej osoby pojawiło się ogromne zaskoczenie. Konieczne było wytłumaczenie powodu zakazu całowania dziecka w usta. I choć podawane argumenty nie robiły kompletnie żadnego wrażenia, ostatecznie prośba została uszanowana. Uff…

ZATRZYMAJ SWOJE ZARAZKI DLA SIEBIE

Bo z tymi argumentami jest tak, że można je podawać, wymieniać jeden po drugim, ale jeśli ktoś ma w tej kwestii odmienne zdanie, to nic go nie zmieni. Można wymieniać, że w ten sposób chroni się dziecko przed wirusem opryszczki (groźnym również w stanie uśpienia, a dla dziecka – śmiertelnie groźny), mononukleozą, próchnicą (niebezpieczną nawet, gdy dziecko nie ma jeszcze zębów), cytomegalią i wieloma innymi, wstrętnymi, dziwnie brzmiącymi ustrojstwami. W odpowiedzi usłyszymy co najwyżej „aha”. I tyle. Zmiany zdania nie ma co oczekiwać.

POWIEDZ MI PO CO

Poza aspektem zdrowotno-higienicznym, jest jeszcze inna kwestia, jeszcze jedno pytanie, które zwykle pozostaje bez odpowiedzi: po co? Po co całować dziecko w usta, skoro można to zrobić w rączkę, czółko, brzuszek, stópkę, szyjkę… Takich miejsc jest sporo. Dlaczego więc dla niektórych to usta są jedyną, a przynajmniej najwłaściwszą częścią ciała dziecka, która nadaje się do całowania?

Dlaczego te same osoby, które są zwolennikami całowania dzieci w usta, nie robią tego samego z dorosłymi? Dlaczego ludzie uważają, że mają prawo robić to dziecku, skoro w pełni świadomie nie robią tego innym ludziom? Przecież dziecko to też człowiek! Z takim samym (właściwie,  to nawet większym) prawem do poszanowania jego nietykalności cielesnej, co dorosły. A całowanie w usta jest naruszeniem tej nietykalności.

TYLKO DLA ZAKOCHANYCH

Może i jestem niepoprawnym romantykiem. Ale uważam, że nawet pomijając wszystko to, co napisałem wcześniej, całowanie w usta powinno być zarezerwowane dla zakochanych. Przy czym pamiętać należy, że zakochani, to nie to samo, co kochający. Całus w usta powinien być czymś wyjątkowym. Czymś szczególnym. Czymś intymnym. W końcu usta są jedną ze stref erogennych…

NIE MA POWODU DO CAŁOWANIA W USTA

Nie znajduję ani jednego argumentu przemawiającego za tym, że całowanie dziecka w usta jest czymś normalnym i właściwym. Za to mam wiele takich, które takiej możliwości w ogóle nie dopuszczają.

Bardzo możliwe, że masz odmienne zdanie od mojego. Być może wynika to z niewiedzy. Z nieświadomości, czym całowanie dziecka w usta może grozić. Wtedy, być może wystarczy uświadomienie zagrożeń.

Głęboko też wierzę, że nie jesteś jedną z tych osób, które całując swoje dziecko w usta tłumaczą: to jest moje dziecko, i mogę z nim robić co chcę! Otóż nie! Co prawda to jest twoje dziecko, ale nie sprawia to, że możesz z nim robić wszystko, na co tylko masz ochotę. A z takimi „argumentami” spotykałem się niestety często w dyskusjach. Zdecydowanie zbyt często…

SZANUJ, BO BĘDZIE ŹLE

Tak jak najprawdopodobniej i tak nie jestem w stanie przekonać zwolenników całowania dzieci w usta do zmiany zdania, tak tym bardziej nie mam możliwości, ani ochoty pilnowania, by tego nie robiły. Mam jednak możliwość, ochotę, a nawet potrzebę chronienia przed tym mojego dziecka. I będę to robił. Będę walczył jak lew.

Dotychczas mi się udawało załatwiać sprawę polubownie. Ale jeśli tylko trafi się osoba, która nie uszanuje mojego podejścia do tematu, pokażę pazurki.

Czuj się ostrzeżony.

20:45

Poradniki i szkolenia nie działają!

Poradniki i szkolenia nie działają!

Półki w księgarniach uginają się od wszelkiej maści poradników i kursów, mających nauczyć nas nowych umiejętności lub poprawić jakość naszego życia. Dyski twarde księgarń ebooków przepełnione są tego typu pozycjami. I jak przyznają sami księgarze – segment ten jest jednym z najlepiej się sprzedających. Również wielkie sale konferencyjne pękają w szwach podczas różnego rodzaju szkoleń, kursów i wykładów, które mają być receptą na sukces. Dlaczego więc tak mało z nas sukces ten osiąga?

Prawdą jest, że przyczyną braku skuteczności niektórych z pozycji jest fakt, że głoszone w nich treści nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego i na zawsze pozostać w umysłach ich twórców. Pół biedy, gdy okazują się one po prostu bezwartościowe. Ale bywają i takie, które są szkodliwe i niebezpieczne – patrz teorie Beaty Pawlikowskiej na temat depresji.

Daleki jednak jestem od stwierdzenia, że wszystkie te kursy, szkolenia, poradniki, wykłady i konferencje, to jedna wielka ściema. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych rzeczy jest bogatych w cenne informacje, które naprawdę mogą wzbogacić nasze życie. Dlaczego więc tego nie robią? Albo inaczej – dlaczego pomimo takiej dostępności sposobów na wszelkiego rodzaju sukces, tak niewielu może się nim poszczycić?

SUKCES. CO TO W OGÓLE JEST?

Dla uproszczenia rozważań w tej dyskusji przyjąłem, że sukcesem jest osiągnięcie tego, co było motywacją zakupu danego poradnika, kursu czy biletu na szkolenie. Dla przykładu – jeśli kupiłeś książkę „Niemiecki w 30 dni”, to sukcesem będzie nauczenie się języka niemieckiego (niekoniecznie w 30 dni). Dla osoby kupującej książkę „Laptopowy milioner” (tak, jest taka), sukcesem będzie zarobienie milionów, siedząc przed komputerem. Jeśli nabyłeś książkę „Bloger i Social Media”, to sukcesem będzie rozwój bloga, jego społeczności i zarabianie na blogowaniu.

POWIDZ MI JAK…?

Przy tej ostatniej pozycji zatrzymamy się na dłużej. Jej autor, Jason Hunt, podzielił się niedawno na blogu pewnym spostrzeżeniem. Otóż okazuje się, że wśród ogromu pytań, jakie dostaje osobiście, jak i drogą elektroniczną, jedno nigdy nie pada. Nikt nie pyta go o to, jak być lepszym twórcą. Całość możecie przeczytać tutaj: [klik].

Autor przedstawia tam też dwie teorie, mające tłumaczyć przyczyny takiego stanu rzeczy. Jedną z nich jest przekonanie ludzi, że tę wiedzę posiadają, więc nie muszą o nią dopytywać. Druga teoria mówi o myleniu bycia najlepszym z byciem najpopularniejszym, więc ludzie zamiast dążyć do tego pierwszego, chcą osiągnąć to drugie. I jakkolwiek słuszne są te teorie, osobiście dodałbym jeszcze jedną.

Aby odpowiedź była jak najbardziej wartościowa, konkretne pytania należy zadać konkretnym ludziom. To znaczy, że piłkarza nie pytamy się o to, jak grać w koszykówkę, a piosenkarki o to, jak być znakomitym aktorem. Skoro więc Jason Hunt od lat kreował swój wizerunek jako osoby, która wie jak monetyzować blogowanie, to właśnie o to pytają go ludzie. Nie twierdzę, że się na dobrym pisaniu nie zna. Wręcz przeciwnie. Ale nie jest to dziedzina, w której kojarzony jest jako autorytet.

PYTANIE --> ODPOWIEDŹ. KROPKA

Zostawmy już jednak kwestię tego o co pytają, a skupmy się na samych pytaniach, nadal trzymając się przykładu Jasona Hunta. Tomek (czyli właśnie Jason Hunt) znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, czego oczekują od niego ludzie. Jasnych, prostych i skutecznych odpowiedzi. W ten sposób skonstruowane są też jego książki o blogowaniu i social mediach. Ich struktura zawsze wygląda tak samo: pytanie – odpowiedź, pytanie – odpowiedź, pytanie… I tak w kółko.

Sprawdza się to naprawdę dobrze. Raz, że jest przejrzyście, a dwa – konkretnie. Co bardzo dobrze wpisuje się w potrzeby większości. Tego właśnie ludzie chcą. Mają problem na który oczekują natychmiastowego rozwiązania. Tu i teraz. I co ważne, żeby nie musieli się przy tym natrudzić.

Czytałem niedawno w jakiejś gazecie wywiad z panią psycholog na temat radzenia sobie ze złością i frustracją podczas opieki nad dzieckiem, które pojawiają się w życiu każdego rodzica. Pani opowiedziała historię, jak doradziła pewnej kobiecie właśnie w tej kwestii. Poleciła chyba wszystkim znane „liczenie do 10”. Sposób jest prosty – należy oddychając spokojnie, policzyć do 10. 

Proste? Proste! Natychmiastowe? Oczywiście! Przecież trwa to raptem 10 sekund.

Jednak kobiecie, która pytała o sposób na złość to nie odpowiadało. Powiedziała, że zna zaproponowaną metodę, ale na nią ona nie działa. A na pytanie pani psycholog czy kiedyś tego próbowała, odpowiedziała szczerze, że nie. No bo po co, prawda…? 

HOKUS POKUS

I tu dochodzimy do sedna problemu. Ludzie traktują poradniki jako magiczne księgi, mające dać im równie magiczne zaklęcia, które w mgnieniu oka odmienią ich życie. A autorytet to taki mag, który poproszony o pomoc udzieli machnie swoją różdżką i wypowiadając tajne formułki sprawi, że sukces stanie się naszym udziałem. 

Tymczasem nie. To nie jest takie proste. Na pytanie „Jak dostać się do filharmonii?”nie usłyszymy, że najpierw w lewo, potem dwie przecznice prosto, potem znowu w lewo, i gotowe – jesteś na miejscu. Nie moi drodzy. Co najwyżej usłyszymy, że trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. I się nie poddawać.

Mogą trafić się i tacy „magowie”, którzy podzielą się swymi zaklęciami. Co więcej, mogą się one okazać naprawdę skuteczne. Osiągniesz swój wymarzony sukces. Ale co z tego, skoro i tak zaraz go stracisz?

Z sukcesami na skróty jest zawsze tak samo. Możesz go osiągnąć, ale nad nim nie zapanujesz. I ostatecznie znajdziesz się w sytuacji jeszcze gorszej, niż przed tym sukcesem. Tak się dzieje z większością osób, które wygrały duże sumy na loterii. Właśnie dlatego, że nie przeszły pełnej drogi do miejsca w którym się znaleźli. Drogi w trakcie której nauczyliby się co, jak i dlaczego działa tak, a nie inaczej. Jakie działanie przynosi jaki efekt, itd.

DLACZEGO WIĘC TO NIE DZIAŁA?

Domyślasz się już dlaczego, pomimo takiego zatrzęsienia poradników, kursów, szkoleń i wykładów, oraz tak wielkiego zainteresowania nimi, tak mało osób osiąga sukces? Dlaczego to wszystko nie działa?

Bo nie! Bo to nie ma działać.

Rolą wszystkich tych rzeczy jest przekazanie konkretnych informacji, wiedzy, technik i sposobów na osiągnięcie czegoś. Działać ma ich odbiorca. A ten, zwykle jest leniem. Leniem, który jeśli w ogóle przeczyta kupiony poradnik, to prędzej krzyknie, że jest on do dupy, niż ruszy własne cztery litery, żeby wiedzę którą zdobył,  sprawdzić w działaniu.

PYTANIE --> ODPOWIEDŹ --> DZIAŁANIE --> EFEKT

Czytanie poradników, to żaden wstyd. Wręcz przeciwnie. Często świadczy to o mądrości i rozwadze danej osoby. Jest to przecież jasny sygnał, że osoba ta chce coś zmienić lub coś osiągnąć. Ale kupowanie kolejnych książek nic nie zmieni. Znam takich, co mają sporo poradników, a nawet jednego nie przeczytali. Samo czytanie też nic nie da. Tak jak nie da nic kolejny wyjazd na szkolenie czy konferencję. 

Jedynym sposobem na to, by wydana kasa była dobrą inwestycją, a nie wyrzuceniem jej w błoto, to działanie. Przekucie zdobytej wiedzy w realne efekty. Tylko wtedy, nawet jeśli nie osiągniesz od razu sukcesu, zdobyte doświadczenie i wnioski, jakie będzie można z tego wyciągnąć, sprawią, że sukces będzie bliżej. Realnie bliżej.

To nie jest łatwe. I bardzo dobrze! Bo czym jest sukces, który łatwo przychodzi?

15:30

Kawa i czekoladki sposobem na kreatywność? Sprawdzam!

Kawa i czekoladki sposobem na kreatywność? Sprawdzam!

Pusta biała przestrzeń na monitorze, symbolizująca nieskalaną żadnymi zapiskami kartkę papieru, to koszmar każdego, dla kogo pisanie jest w jakikolwiek sposób ważne. Czy to zawodowo, czy po prostu z pasji. Brak weny, to najgorsza rzecz, jaka może spotkać ludzi słowa pisanego. Gdyby tak istniał jakiś naprawdę skuteczny, a przy tym przyjemny sposób na zwiększenie swej kreatywności…

Jako osoba pisząca teksty na zamówienie [napiszemy.to] oraz bloger, który poważnie podchodzi do swojej pracy i pasji, mam podwójnie wysokie zapotrzebowanie na kreatywność. Dlatego też, gdy tylko zobaczyłem reklamy produktów, których producenci obiecują rozwiązanie problemu pustej kartki, powiedziałem to, co w takich sytuacjach zwykł mówić AdBusterSPRAWDŹMY TO!

WAWEL I JEGO KASZTANKI

Kasztanki uwielbiam. Naprawdę. Lubię je tak bardzo, że kiedyś, gdy znajomy koniecznie chciał się jakoś odwdzięczyć za okazaną mu pomoc, powiedziałem, że może to zrobić „płacąc” Kasztankami właśnie. A były one tym cenniejsze, że mieszkałem wtedy w Monachium, gdzie nie dało się ich znaleźć. Za to znajomy regularnie jeździł do Polski.

Gdy więc zobaczyłem w TV poniższą reklamę, która obiecuje mi wzrost kreatywności w zamian za jedzenie Kasztanków, moja decyzja o ich zakupie była natychmiastowa.


Już na samym początku filmu widać, że występująca w nim pani zmaga się ze wspomnianą tu pustą kartką, i zupełnie nie może sobie poradzić z jej wypełnieniem. Wszystko zmienia się diametralnie i natychmiast, gdy tylko skosztuje Kasztanków.

Czy można zrobić bardziej zachęcający film dla blogera i copywritera? Nie sądzę.

NIEBIESKA WOSEBA

Gdy już byłem prawie gotów do wyjścia po Kasztanki, zobaczyłem w telewizji kolejną reklamę. I już wiedziałem, że moja lista zakupów musi koniecznie powiększyć się o jeszcze jedną pozycję –  kawę Woseba. Niebieską.

Bo to ona sprawi, że odnajdę w sobie kreatywność. Zobaczcie sami:


Okazja była tym bardziej dogodna, że właśnie postanowiliśmy z Żoną, że po kilku miesiącach picia kawy rozpuszczalnej, wracamy do tej prawdziwej, mielonej. Co prawda Woseby jeszcze nigdy nie piłem, ale najwyższa pora spróbować. Przecież nawet jeśli nie będzie smakować, to zyskam kreatywność!

KONSUMPCJA, CZYLI TESTOWANIE

Testowanie było prawdziwą przyjemnością. Nie dość, że produkty były same w sobie bardzo dobre, to jeszcze ich wspólne zestawienie wypada znakomicie. No bo sami powiedzcie – czy kawa i czekoladki, to nie idealna para?

Co do jakości Kasztanków, nie miałem żadnych obaw ani wątpliwości. W końcu od bardzo dawna znam i uwielbiam ich smak. Z rezerwą natomiast podszedłem do kawy. Woseba była dla mnie nowym doświadczeniem i nie wiedziałem czego się spodziewać. Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Kawa okazała się naprawdę dobrym trunkiem.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że to zestawienie kawy i cukierków pozwoliło na uzyskanie efektu synergii. Dzięki czemu doświadczenie było pełniejsze i przyjemniejsze. I nawet, gdyby się okazało, że obiecana kreatywność, to co najwyżej owoc (nomen omen) kreatywności twórców reklam, to już same walory smakowe wynagrodziłyby ten brak.

CO Z TĄ KREATYWNOŚCIĄ?

No właśnie? A co z tym, co w całej tej konfrontacji najważniejsze? Co z kreatywnością?

Cóż, dość powiedzieć, że już sam ten tekst powstał dzięki Kasztankom i Wosebie. Zrobiłem też kilkadziesiąt zdjęć tych produktów. I choć wykorzystałem raptem jedno z nich, to nie da się ukryć, że już samo ich wykonywanie było czynnością bardzo kreatywną. Wygląda więc na to, że coś jest na rzeczy!

OH WAIT…

A nie, chwila… Przecież ja na pomysł tego tekstu wpadłem jeszcze zanim skonsumowałem reklamowane produkty. Fotki też robiłem przed pierwszym łykiem kawy i przed pierwszym kęsem czekoladki. Albo więc produkty te wpływają pozytywnie na kreatywność jeszcze przed ich konsumpcją, albo…

Albo sami wiecie co.

W każdym razie, jeśli kiedyś blog ten zniknie z sieci, bo zabraknie mi kreatywności potrzebnej do jego prowadzenia i rozwoju, to już wiecie do kogo wysyłać zażalenia. ;)




16:00

Ślub w Konsulacie RP, czyli karuzela absurdu

Ślub w Konsulacie RP, czyli karuzela absurdu

Wydawać by się mogło, że ślub w urzędzie, to czysta formalność. Umawiasz termin, uiszczasz stosowną opłatę, a potem już tylko przychodzisz w wyznaczonym dniu o ustalonej porze, by wyrecytować formułki, nałożyć obrączki oraz podpisać dokument. I o ile sama uroczystość ślubna jest rzeczywiście formalnością, o tyle zorganizowanie jej, to prawdziwa przygoda. A przynajmniej w momencie, gdy ślub planujesz wziąć za granicą. Wtedy absurd goni absurd…

Znalazłem niedawno swój rachunek z Konsulatu Generalnego RP w Monachium na opłatę za zawarcie związku małżeńskiego przed Konsulem. I nagle przypomniało mi się co najmniej kilka dziwnych, a czasem nawet bardzo dziwnych i do dziś niewyjaśnionych sytuacji związanych z zorganizowaniem ślubu. Niektóre takie, które mogły przytrafić się każdemu, kto chciał cokolwiek załatwić w tej placówce, inne zaś takie, które dotyczą jedynie organizowania ślubu przed Konsulem. Zaczniemy od tych pierwszych.

Pińcet maili

Ponieważ Konsulat czynny jest w godzinach raczej niedogodnych dla osób pracujących, do tego dodzwonienie się tam graniczy z cudem, postanowiłem kilka spraw dogadać za pośrednictwem poczty elektronicznej. Wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem, tak dla mnie, jak i dla pracowników Konsulatu.

Specyfiką maili jest przecież fakt, że nie trzeba na nie odpowiadać natychmiast. Ma się też więcej czasu na przygotowanie odpowiedzi, niż w przypadku rozmowy telefonicznej lub w cztery oczy. I jeszcze jedna, bardzo duża przewaga nad innymi formami komunikacji – wszystko pozostaje zapisane. Niczego więc się nie zapomni, dzięki czemu nie będzie trzeba kolejny raz zawracać nikomu głowy sprawą, która już wcześniej została dogadana.

Przewaga poczty elektronicznej nad zawracaniem głowy telefonami czy spotkaniem face to face, zwłaszcza w kwestiach formalnych czy biznesowych, jest wg mnie ogromna. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy natychmiast po wysłaniu jednego z maili do Konsulatu, otrzymałem telefon od adresatki wiadomości, a w trakcie rozmowy usłyszałem:
Codziennie dostajemy 500 maili, co nam oczywiście bardzo ułatwia pracę.
Bardzo to lubimy…
Całość została oczywiście wypowiedziana z wyraźną ironią i pretensją o to, że maile do nich wysyłam. Nie wiem czego pani oczekiwała w odpowiedzi. Że ją przeproszę za to, że chcę mieć wszystko dobrze zaplanowane i dopięte na ostatni guzik? Przecież ja planowałem swój ślub do cholery! 

Dokumentów nie dostaniesz, bo…

Jak to w każdym urzędzie bywa, aby załatwić jakąś sprawę, trzeba powypełniać trochę papierków. Zapytałem więc w jednym z tych tak lubianych maili, czy jest może możliwość, aby przesłano mi potrzebne dokumenty w formie elektronicznej. 

I co się dowiedziałem? Że nie ma możliwości wypełnienia dokumentów w formie elektronicznej… Serio! Pytałem o dokument, który mógłbym wydrukować i wypełnić w domu, żeby już wypełniony dostarczyć do Konsulatu i nie musieć tego robić na miejscu. Ja miałbym więcej czasu i spokoju na wypełnienie druków, pani miałaby trochę zaoszczędzonego czasu.

A wyszło tak, że pytając o PRZESŁANIE dokumentu drogą elektroniczną, dowiedziałem się, że nie ma możliwości WYPEŁNIENIA go drogą elektroniczną. No kurde…

Pożądanie w Konsulacie

Przechodzimy do spraw dotyczących bezpośrednio ślubu. Jak w każdym ślubie – potrzebni są świadkowie. Potrzebne były dokumenty tożsamości naszych świadków. Przesłaliśmy więc. I już po chwili znowu otrzymałem telefon.

Tym razem pani przestraszyła się, że jednym z dokumentów był niemiecki dowód osobisty. Bardzo wyraźnie słychać było, że coś jej się w tym nie podobało. Pytała nawet czy nie moglibyśmy znaleźć kogoś innego na świadka. Poważnie. Urzędniczka chciała wpłynąć na to, kto będzie naszym świadkiem na ślubie. Wyraziła to w następujący sposób:
Pożądane jest, by byli to Polacy.
Pani odpuściła i uspokoiła się dopiero, gdy uświadomiłem ją, że ta osoba owszem, ma niemiecki dowód osobisty, ale jest Polką i znakomicie zna język polski. I jak się później okazało, o to właśnie chodziło. O znajomość języka polskiego. Bo gdyby któryś ze świadków go nie znał, to pani musiałaby zorganizować tłumacza.

Tak więc chciano wpłynąć na wybór świadków na naszym ślubie po to, żeby zaoszczędzić pani trochę pracy. I pewnie też pieniędzy. Choć nie wyobrażam sobie, żeby z tego, co zapłaciliśmy miało zabraknąć na ewentualnego tłumacza.

A rodzice wiedzą?

Kolejna sprawa również związana jest z dowodami osobistymi. Tym razem jeszcze bardziej bezpośrednio. Zażądano od nas bowiem zdjęć dowodów osobistych naszych rodziców.

Żeby nie było podejrzeń, że się pomyliłem i napisałem coś, czego napisać nie chciałem – powtórzę: zażądano od nas zdjęć dowodów osobistych naszych rodziców.

Dlaczego dorośli ludzie, po trzydziestce, którzy chcą ślubować, muszą dostarczać dokumenty swoich rodziców? Nie wiadomo. Moje pytanie o to pozostało bez odpowiedzi. Po co to komu? Na co? Jakie dane są z tego dowodu potrzebne? Czy aby na pewno niezbędne są zdjęcia dowodów, czy może wystarczy przesłać jakieś konkretne dane z nich? Nie wiadomo. Nie uzyskałem na te pytania odpowiedzi.

Dopiero na moje zapytanie o to, co w przypadku, gdy ktoś mam problem z uzyskaniem takiego zdjęcia, bo na przykład nie utrzymuje kontaktu z rodzicem, w odpowiedzi przeczytałem, że wtedy protokół będzie niekompletny.

Przerażający goście

Ślub to sprawa, której raczej nie przeżywa się w samotności. Mniejsze lub większe grono gości, jest raczej stałym elementem uroczystości. A w przypadku ślubu w Konsulacie, potrzebna jest dokładna lista tych, którzy będą nam towarzyszyć w tej ważnej chwili.

My chcieliśmy skromnej uroczystości. Stąd nasza lista gości była naprawdę niewielka. A ponieważ z góry wiedzieliśmy, że nie wszyscy zaproszeni na ślubie się pojawią, miało być naprawdę kameralnie.

Z taką też informacją przesłaliśmy do Konsulatu naszą listę. Zaznaczyliśmy, że choć zawiera ona prawie 30 pozycji, na ślubie realnie spodziewamy się około połowy z wymienionych osób. Co otrzymaliśmy w odpowiedzi? Ano to:
Lista jest przerażająca!
Proszę już nikogo nie dopisywać!
Tak jak wcześniej pani chciała wpłynąć na to kto miał być naszym świadkiem, tak teraz chciała za nas decydować, kto może być naszym gościem. A faktu, że lista realnie kilkunastu gości wywołała przerażenie, nawet nie potrafię skomentować. Tym bardziej, że jak się później okazało, miejsca i przygotowanych krzeseł dla gości było tyle, że spokojnie zmieściłoby się kilka razy więcej. Skąd więc to przerażenie i zakaz dopisywania kolejnych osób?

Było miło

Na koniec muszę jednak przyznać, że choć po drodze pojawiło się kilka absurdów w trakcie przygotowań do ślubu, to już sama uroczystość była piękna i bardzo dobrze przygotowana. I pomimo tych dziwnych rzeczy po drodze, bardzo polecam skorzystanie z możliwości zawarcia związku małżeńskiego przed Konsulem, jeśli tylko ktoś taką opcję rozważa.

Trzeba być jednak świadomym tego, że praca w Konsulacie, to nie praca.
To stan umysłu.
Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI