10:12

Papier czy e-book? 13 różnic między formatami

Papier czy e-book? 13 różnic między formatami

Od mojego pierwszego kontaktu z czytnikiem e-booków, stałem się wielkim entuzjastą e-czytania. Po części wynikało to z okoliczności. Mieszkałem wtedy za granicą, a Kindle był najlepszym z możliwych sposobów na czytanie książek (i prasy) po polsku. Od roku mieszkam znowu w Polsce, gdzie czytam zarówno na papierze, jak i e-papierze. Jak wygląda powrót do książek tradycyjnych po 5 latach czytania tylko na czytniku?

Bardzo przyjemnie! Serio. Bardzo lubię książki papierowe. Lubię je kupować. Lubię je dostawać. Lubię je czytać. Lubię je mieć. Zawsze byłem zadowolony z nowej książki. Co piszę całkowicie świadomy tego, że sam przed chwilą napisałem, że jestem wielkim entuzjastą e-czytania.

Przez większość mojego życia czytałem papier. Tylko papier. Później przez prawie 5 lat czytałem e-booki. Tylko e-booki. Od roku mam okazję i przyjemność czytać w każdej formie, zarówno książki tradycyjne, jak i elektroniczne. Ba, część książek czytałem jednocześnie na papierze i czytniku.

Co się okazało? Co jest lepsze? Co wybrać? Książka czy e-book?
Przed podjęciem ostatecznej decyzji, prześledźmy sobie po kolei wszystkie różnice pomiędzy tymi formami czytania.

E-BOOK NIE PACHNIE

Jest to chyba najczęściej powtarzany fakt przeciwników e-booków. I nie da się zaprzeczyć, że e-book rzeczywiście nie pachnie. Nigdy jednak nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego fakt ten staje się głównym argumentem przeciwko e-bookom. Jakim cudem niemożność powąchania książki elektronicznej ma od razu dyskwalifikować tę formę czytania?

Jestem w stanie uwierzyć, że zapach kleju, papieru i farby drukarskiej komuś się podoba. Spoko. Ale dlaczego książka, która nie pachnie, ma być od razu gorsza? Przecież książka papierowa też nie zawsze pachnie. I co? Takiej nie warto już czytać, bo nie będzie z tego żadnej przyjemności?

KSIĄŻKI SĄ DUŻE I CIĘŻKIE

Książki papierowe bywają naprawdę ciężkie. Zwłaszcza gdy są duże. Ma to znaczenie przy ewentualnych przeprowadzkach, urlopach, ale też w dzień powszedni, kiedy chcemy zabrać ze sobą lekturę, by poczytać w drodze do pracy. 

Ciężar i gabaryty książek bywają kłopotliwe również w przypadku uzbierania pokaźnej ich kolekcji. W dodatku podczas noszenia niepotrzebnie obciążają kręgosłup.

Czytniki e-booków są za to małe i lekkie. Mój wraz z okładką waży mniej niż 3 tabliczki czekolady. A bez okładki połowę tego. I mieści się w kieszeni spodni. Dodatkowo e-booki można przecież czytać nie tylko na czytniku, ale praktycznie na każdym telefonie. Tak więc całą bibliotekę można mieć zawsze przy sobie. Bez negatywnego wpływu na kręgosłup.

KSIĄŻKA SIĘ NIE ROZŁADUJE

Z faktu, że e-booki można czytać jedynie za pomocą sprzętu elektronicznego, wynika jedna z głównych wad – możemy nagle stracić dostęp do lektury, jeśli bateria się rozładuje. Nie jest to jakoś szczególnie kłopotliwe, bo czytniki mają bardzo dobrą żywotność na jednym ładowaniu, a o tego odpowiednio wcześnie informują o tym, że pora je nakarmić. Tym niemniej, jest to rzecz wymagająca odnotowania.

E-BOOKA MOŻNA CZYTAĆ W CIEMNOŚCI

E-booka można czytać nawet w największej ciemności. Wszystkie nowe modele czytników mają oświetlenie, tak samo, jak wszystkie telefony i tablety mają podświetlenie. Książka papierowa potrzebuje oświetlenia zewnętrznego, które nie zawsze jest dostępne.

E-BOOKA MOŻNA DOSTOSOWAĆ DO WŁASNYCH POTRZEB

Książka raz wydrukowana, zawsze będzie taka sama. W przeciwieństwie do e-booka, którego można dostosować do własnych potrzeb. Wielkość liter, ich krój, wielkość marginesów i odległość między wierszami – to wszystko można w prosty sposób ustawić w taki sposób, żeby lektura była jak najbardziej wygodna i przyjemna. 

Póki co zmniejszam font i ustawiam najmniejsze odległości i marginesy, ale dla wielu, zwłaszcza starszych osób, to możliwość powiększenia liter będzie wielką zaletą e-booków. To cecha, która z pewnością jest dla wielu kluczowa.

E-BOOK JEST ODPORNY NA ŻYWIOŁY

Książka jest bardzo podatna na działanie ognia czy wody, co bardzo źle wpływa na żywotność książki. E-book jest odporny na to wszystko. Bo przecież książka elektroniczna, jako twór niematerialny, jest niezniszczalny. Technicznie rzecz biorąc, zniszczyć można co najwyżej nośnik, ale samej e-książki już nie.

Ale ok, jeśli ktoś chciałby się czepiać, to na ten moment założyć nawet możemy, że czytnik e-booków to książka. A ten, podobnie jak papier, na ogień odporny póki co jeszcze nie jest. Za to na wodę – nowsze modele już tak.

E-BOOKI SĄ TANIE, ALE CZYTNIK JEST DROGI

Inna sprawa, że gdy stanie się coś z naszą książką, na przykład zostawimy ją w autobusie albo w samolocie, to strata będzie raczej niewielka. Przynajmniej w porównaniu ze zgubionym albo zniszczonym czytnikiem. Bo ten kosztuje przynajmniej kilkaset złotych.

Nie oznacza to jednak w żaden sposób, że czytnika nie opłaca się kupować. Otóż opłaca się. I to bardzo. Mamy w Polsce kilka (jeśli nie nawet kilkanaście) internetowych księgarni z e-bookami. Zawsze jest tam jakaś promocja. Naprawdę zawsze. W każdej księgarni. Jeśli więc ktoś nie ma parcia na najnowsze publikacje, to przy odrobinie cierpliwości, można załapać się na ogromną promocję nawet książki, która na co dzień kosztuje 70 zł. Sam bardzo, bardzo rzadko płaciłem więcej niż 15 zł za e-booka.

Na książki papierowe też są oczywiście promocje, ale nie aż takie. I raczej nie na topowe pozycje.

E-BOOKA DOSTĘPNY NATYCHMIAST

Skoro już jesteśmy przy kupowaniu, warto od razu poruszyć inną kwestię z tym związaną. Cechą e-booków jest natychmiastowy dostęp do zakupionych pozycji. Natomiast po książki papierowe trzeba się albo wybrać do księgarni, albo poczekać na odwiedziny kuriera.

Ta natychmiastowość zakupów książek elektronicznych przedstawiana jest jako wielka zaleta. I z pewnością tym jest. Sam tak uważam. Ale gdy niedawno kupiłem książki i czekałem na kuriera z paczką, przypomniałem sobie, jakie to ekscytujące.

Jakoś tak mam, że bardzo się jaram paczkami, które mają do mnie dotrzeć. Zawsze w takiej sytuacji co chwilę sprawdzam status przesyłki, żeby wiedzieć gdzie jest i co się z nią właśnie dzieje. A gdy już w końcu trafi w moje ręce, to rozpakowywanie jej sprawia mi tyle samo frajdy, co rozpakowywanie prezentów pod choinką. Mimo, iż wiem co jest w środku.

Tak samo z wyprawami po książki do sklepu. Lubię to. No po prostu to lubię. Zakupy e-booków nie dają takich emocji.

KSIĄŻKI ŁĄDNIE PREZENTUJĄ SIĘ NA PÓŁKACH

Zawsze podobały mi się regały „zawalone” książkami. Jest to chyba najfajniejszy sposób aranżacji wnętrz. Dodatkowo, jako człowiek z żyłką kolekcjonera, wyobrażam sobie, jak fajnie jest patrzeć na rosnący zbiór książek. Tylko sobie wyobrażam, bo sam mam ich bardzo mało. To co czytałem, najczęściej pochodziło z bibliotek.

Co prawda jest pewien sposób na e-booki na półkach, ale jakoś mnie on nie przekonuje:



NA CZYTNIKU CZYTA SIĘ WIĘCEJ I SZYBCIEJ

Są nawet badania w tej sprawie. Ale mi one w sumie do niczego nie są potrzebne, bo prawdę tę znam z autopsji. Sam na sobie zauważyłem, że odkąd zaopatrzyłem się w czytnik e-booków, to czytam dużo więcej i dużo szybciej. 

Pierwsze wynikać może z faktu, że e-booki pozwalają na czytanie w praktycznie każdej sytuacji. Czasem nie ma możliwości albo po prostu nie chce się wyciągać z torby książki, za to nie ma problemu, żeby na chwilę wyciągnąć czytnik lub telefon, by przeczytać choćby mały fragment tekstu.

Natomiast zwiększona szybkość czytania, to efekt wspomnianej już możliwości dostosowania sobie wyświetlania książki do swoich potrzeb.

PAPIER LEPIEJ SIĘ ZAPAMIĘTUJE

Na potwierdzenie tego też są wyniki badań. Skąd to zjawisko? Ocenia się, że powodów może być kilka. Na przykład taki, że książka jest medium znanym naszemu mózgowi, który nauczył się przyswajać z niego jak najwięcej informacji, a e-book jest wynalazkiem młodym i nie jesteśmy jeszcze do tego ewolucyjnie przystosowani. A przynajmniej nie tak dobrze, jak do papieru.

Kolejnym powodem może być fakt, że czytając książkę zapisujemy w głowie więcej informacji, niż tylko jej treść. Takie jak grubość książki, pozycja w jej przestrzeni czytanego fragmentu, krój czcionki itd. Podczas czytania papieru odbieramy też bodźce dotykowe, wzrokowe i węchowe (ten słynny zapach książki). Wszystkie to  składa się na ogólny odbiór książki. A im więcej bodźców i informacji na raz, wspólnie ze sobą połączonych, tym lepiej zapamiętuje się informacje.

W każdym razie, beletrystyka sprawdza się w formie elektronicznej znakomicie. Ale do książek naukowych czy bardziej poważnych wydawnictw, zdecydowanie polecam wydanie papierowe. Tym bardziej, że z e-bookiem pracuje się bardzo ciężko. Mimo, iż jest możliwość robienia zakładek, notatek i podkreśleń.

CZYTANIE E-BOOKA NIE JEST DOBRYM PRZYKŁADEM DLA DZIECKA

To rzecz nad którą bardzo ubolewam. Wiele się mówi o tym, żeby dawać dziecku dobry przykład i czytać. Jeśli dziecko będzie widziało, że rodzic czyta, to samo będzie chciało to robić. Oczywista sprawa, w końcu dziecko uczy się przez naśladowanie. 

Niestety, ale w przypadku e-booków to tak nie działa. Dziecko w czytniku nie widzi książki. Dla niego to jest czytnik. Kolejny gadżet, którym chce się pobawić. Na równi z telefonem czy innym tabletem. Choć tu oczywiście dużo zależy od wieku dziecka.

CZYTNIK E-BOOKÓW KUMULUJE W SOBIE WSZYSTKIE KSIĄŻKI

Gdy brałem czytnik do ręki, wielokrotnie zastanawiałem się nad pewnym fenomenem. Zagadką było dla mnie, jak to jest, że tak bardzo lubię ten sprzęt. A było to o tyle ciekawe, że im dłużej obcowałem z czytnikiem, tym bardziej go lubiłem. W końcu mnie oświeciło!

I nie chodzi tu wcale o żadną konkretną właściwość mojego czytnika. Z pewnością to samo by się okazało z każdym innym sprzętem.

Książki przez nas przeczytane wzbudzają w nas zupełnie inne emocje, niż te nieprzeczytane. Lektura książki sprawia, że przeżywamy (mniej lub bardziej) to, co się w nich dzieje. 

Zrób sobie taki mały test. Weź do ręki jakąś przeczytaną książkę. Może być jakoś dawno przerobiona, ale lepiej, jeśli będzie to coś świeżego. Popatrz sobie na nią, i zaobserwuj co czujesz. Nie musisz nawet przypominać sobie jej treści. Ważne są uczucia i emocje.

A teraz weź kolejną książkę i zrób to samo. Zauważysz zapewne, że znowu pojawią się uczucia i emocje. Ale tym razem inne. Może słabsze, może silniejsze. Ale na pewno inne.

Można tak bez końca. Wzięcie do ręki książki przywołuje to, co wywoływała w czasie lektury. 

Teraz wyobraź sobie, że czytnik wszystko to w sobie kumuluje. To on jest pośrednikiem pomiędzy nami, a książką. Tak więc im więcej książek za jego pomocą przeczytamy, tym nie tylko więcej emocji przy jego udziale odczuwamy, ale też z każdym e-bookiem się one wzmacniają.

I właśnie za to go uwielbiam!

TO W KOŃCU CO?
E-BOOK CZY PAPIER?


A wybierz sobie co chcesz. To, co bardziej ci odpowiada, z czym lepiej się czujesz. 

Osobiście nie mam żadnego problemu z tym, by jedną książkę czytać na przemian na papierze, tablecie, czytniku i telefonie. Przetestowałem to ostatnio, i sprawdza się znakomicie.

Najczęściej jest tak, że ci, co lubią e-booki, nie mają nic przeciwko książkom papierowym. Natomiast fanatycy i fetyszyści szelestu papieru i zapachu kleju uważają, że e-book, to produkt wybrakowany.

Możesz sobie uważać, że nie lubisz e-booków. Twoje prawo. Twoja sprawa. Ale nie mów mi, że e-book, to nie książka. Tak samo, jak zapewne nie powiesz mi, że nie lubisz i nie czytasz newsów, ani żadnych artykułów w Internecie, bo liczy się tylko prasa drukowana…

Bo książka, to książka. Reszta, to tylko nośnik i otoczka.

Czytaj więc tak, jak lubisz. I pozwól innym robić to samo.


15:18

Pamiętaj co obiecujesz dziecku

Pamiętaj co obiecujesz dziecku

Dziecko ufa. Zwłaszcza rodzicom. Dlatego, jeśli któreś z rodziców coś mu obiecuje, to dziecko wierzy, że tak właśnie będzie. Ba, jest wręcz co do tego przekonane. Często jest na tyle pewne, że nie czuje się nawet w obowiązku o obietnicy przypomnieć. Przecież tata obiecał, to na pewno pamięta i z obietnicy się wywiąże. Wierzy, że rzeczy ważne dla niego, są tak samo ważna dla rodzica. I tak rzeczywiście jest. Niestety, rodzic czasem zapomina co obiecał…

WESOŁE MIASTECZKO PRZYJECHAŁO!

Bardzo lubiłem wesołe miasteczka. Jak pewnie każde dziecko. Zawsze więc cieszyłem się, gdy ta atrakcja pojawiała się w mieście. I to pomimo faktu, że nie zawsze wizyty kończyły się dla wszystkich radośnie. Zdarzało się na przykład, że brat wjechał motorynką w stojącą przy torze publiczność. Albo ja sam straciłem zegarek i kawałek zęba w trakcie jazdy elektrycznymi samochodzikami. Choć domyślam się, ze najmniej zadowolona była zawsze i tak osoba, która za te nasze wygłupy płaciła.

Niezależnie jednak od niektórych niewesołych przygód, dla mnie wesołe miasteczko było zawsze właśnie takie - wesołe. Dlatego też, gdy tylko dowiadywałem się o przyjeździe miasteczka (są jeszcze w ogóle objazdowe wesołe miasteczka?), koniecznie chciałem skorzystać choćby z jednej atrakcji.

NASTĘPNYM RAZEM PÓJDZIEMY

Tak więc, gdy pewnego razu przechodziłem z tatą obok placu na którym stały karuzele, samochodziki i inne kolejki, wyraziłem swą wolę skorzystania z tej rozrywkowej oferty. Nie pamiętam jakich słów wtedy użyłem. Ale pamiętam bardzo dobrze, co powiedział tata:
Teraz nie. Teraz musimy wracać do domu.
Pójdziemy następnym razem.
 
Byłem oczywiście niepocieszony. Jak każde dziecko, które chce wszystko tu i teraz. Ale zapisałem sobie w pamięci długotrwałej, że gdy następnym razem przyjedzie wesołe miasteczko, to na pewno będę w nim się bawił. Na pewno! Przecież tata tak powiedział.

WESOŁE MIASTECZKO ZNOWU PRZYJECHAŁO!

Gdy zatem któregoś razu znowu przechodziliśmy obok miejsca na którym zawsze stało wesołe miasteczko, i one rzeczywiście znowu tam było, cieszyłem się jak głupi. Naprawdę. Pamiętam bardzo dobrze, jak bardzo się ucieszyłem.

Byłem przekonany, że już niebawem będę jeździł kolejką w kształcie smoka, albo tymi nieszczęsnymi autami na prąd. Przecież tata obiecał – przekonywałem siebie. Mieliśmy iść następnym razem, i ten następny raz właśnie nastał.

Nic tacie nie mówiłem, bo byłem przekonany, że skoro obiecał, to na pewno pamięta. Niestety, chyba nie pamiętał… Nie poszliśmy się pobawić. Ani tym następnym razem, ani żadnym z kolejnych. A było ich jeszcze co najmniej kilka.

WESOŁE MIASTECZKO JUŻ NIE PRZYJEDZIE

Kilka lat po obietnicy przeprowadziliśmy się z całą rodziną do innego mieszkania. Z jego okien widać było cały plac, który wielokrotnie stawał się centrum dziecięcej rozrywki w mieście. Plac ten długo stał pusty. W końcu przyjechał na niego sprzęt!

Niestety, były to koparki, buldożery i żurawie. I zamiast postawić wesołe miasteczko, postawili supermarket.

Wtedy zrozumiałem, że wesołe miasteczko już nigdy tam nie powstanie.
A niespełniona obietnica sprzed kilku lat, pozostanie taką już na zawsze…

15:45

Czytnik Kindle #DobryZakup

Czytnik Kindle #DobryZakup

Często, zdecydowanie za często bywa tak, że kupiony sprzęt elektroniczny albo nie spełnia oczekiwań (bo na przykład mieliśmy je zbyt wygórowane), albo po prostu za szybko się psuje. A jak dwa te czynniki wystąpią jednocześnie, to już w ogóle tragedia. Są jednak sprzęty, które pomimo upływu lat, nawet przy codziennym ich użytkowaniu, zachowują swoją pełną funkcjonalność. Mam takich kilka. Dziś przedstawię jeden z nich.

Co prawda zdążyłem już w międzyczasie wymienić swój model na nowszy, ale nie była to konieczność spowodowana awarią lub spadkiem funkcjonalności. Chodziło o to, że chciałem czegoś jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Czy też, co równie prawdopodobne, marketingowcy producenta przekonali mnie, że potrzebuję zrobić upgrade. ;) 

Kindle
Classic [14 II 2012], Paperwhite [24 VI 2013]

Swój pierwszy czytnik ebooków kupiłem za czasów mojej emigracji w Niemczech. Siedziałem sam w pokoju i oglądałem TV. Jak ostatni przegryw – w walentynki przed telewizorem…


Ale i tak warto było, bo zobaczyłem reklamę czytnika Kindle. Wtedy jeszcze nie wszystko rozumiałem, co tam w niej mówili, ale widziałem, że jest to sprzęt za pomocą którego można czytać książki. Przypomniało mi się też, że w CD-ACTION czytałem kiedyś recenzję Kindle’a.

Zrobiłem więc szybki risercz w Internecie. Trafiłem wtedy na stronę Świat Czytników, bo nie sposób tam nie trafić, jeśli szuka się w polskiej sieci informacji o czytnikach ebooków. Strona Roberta chyba nawet nie ma konkurencji, ale to wcale nie jest powód dla którego jest to najlepsze miejsce o czytnikach w polskiej przestrzeni sieciowej.

Przeczytałem tam chyba wszystko na temat Kindle Classic. Moja decyzja mogła być wtedy tylko jedna – CHCĘ! Tak więc szybko zarejestrowałem się na Amazonie, złożyłem zamówienie, i już na drugi dzień byłem szczęśliwym posiadaczem swojego pierwszego Kindle’a.

Dla kogoś, kto siedział za granicą i chciał mieć możliwość czytania książek po polsku, a przy tym nie miał ochoty dźwigać i gromadzić ton książek, był to sprzęt wręcz idealny! Co więcej – dzięki abonamentowi POLITYKI Cyfrowej, mogłem czytać nie tylko książki, ale i tygodnik, co pozwalało mi być w miarę na bieżąco w kwestii tego, co działo się w kraju.

I choć nie minęło nawet 1,5 roku, jak kupiłem nowy czytnik – model Paperwhite, to nie zrobiłem tego, bo poprzedni nagle odmówił posłuszeństwa. Kupiłem go, bo był to pierwszy Kindle, który miał podświetlenie, pozwalające na czytanie w każdych warunkach oświetleniowych.

Classic, o którym możecie przeczytać TUTAJ, do dziś służy przyjacielowi. A ma już prawie 6 lat (Kindle, nie przyjaciel). Ja natomiast od ponad 4 lat czytam regularnie za pomocą mojego Kindle Paperwhite. 

Jak widać, czytnik Kindle to zakup na wiele lat. I choć od czasu do czasu myślę sobie, że chciałbym nowszy model, to zawsze jest to właśnie chęć, a nie konieczność. 

Kupno czytnika Kindle to była jedna z najlepszych inwestycji w moim życiu. Nie żałuję ani jednego centa, jakiego na niego przeznaczyłem. Do dziś uśmiecham się gdy biorę czytnik do ręki. Z radości, że go mam.

08:08

Krótka historia o świni i morderstwie, ze zjawiskiem paranormalnym w tle

Krótka historia o świni i morderstwie, ze zjawiskiem paranormalnym w tle

Dawno, dawno temu, mały Karolek pojechał z rodzicami do rodziny na wieś. Wujek miał tam gospodarstwo, z którego dobrodziejstw korzystali od czasu do czasu inni członkowie rodziny, mieszkający na co dzień w betonowych miastach. Nie sposób przecież pogardzić wspaniałymi, świeżymi produktami, pochodzącymi wprost od gospodarza. Taki był też cel tej wizyty – miano ubić świniaka, by przygotować zeń pożywienie dla mięsożerców.

Ponieważ przy takiej pracy każda para rąk się przydaje, zagoniono też Karolka do pomocy. Jego zadaniem miało być noszenie owoców* pracy rąk rzeźnika z obory, gdzie ten pracował, do domu. Praca to nieskomplikowana, ale wielokrotnie powtarzana, co dla chudych rączek Karolka wcale łatwe nie było.

Zanim Karolek zaczął w ogóle biegać pomiędzy domem, a oborą, całkiem bez ostrzeżenia, zaserwowany mu został widok, jak właścicielka przyszłych pasztetów, parówek i kotletów, pozbawiona została prawa do gospodarowania tym towarem. Mówiąc wprost, Karolek zobaczył, jak rzeźnik zdzielił świnię tępą stroną wielkiej siekiery. Prosto w głowę. Tych uderzeń było chyba kilka, ale pewności nie miał, bo już po pierwszym odwrócił głowę. 

Ale wróćmy do meritum, czyli do Karolka biegającego co chwilę przez podwórko z nową porcją towaru. Za którymś z takich kursów, rzeźnik wręczył naszemu wątłemu bohaterowi miskę pełną mięsa, i dokładnie poinstruował: Zanieś to do domu i powiedz, że to mielone.

Tak więc Karolek posłusznie wziął miskę, zaniósł do domu i powiedział co mu przykazano.
- Co? – zdziwiła się mama Karolka, która odebrała przesyłkę. – To ma być mielone? Zanieś to z powrotem i powiedz, żeby to bardziej zmielili. Bo teraz, to to jest mięso, ale na pewno nie mielone.

I choć miska była ciężka, a chudziutkie ręce Karolka już coraz bardziej wyczerpane, chłopiec posłusznie zaniósł mięso z powrotem do rzeźnika. Bo cóż biedakowi pozostało?

Parówkotwórca był oczywiście zaskoczony zwrotem towaru, ale nawet na moment nie stracił trzeźwości umysłu. Do końca zachował zimną krew. Takie przynajmniej Karolek odniósł wrażenie, bo wyglądało, że rzeźnik wie co robi. Wziął od chłopca miskę, położył na swoim stole rzeźnickim, lekko zamieszał dłońmi zawartość i powiedział stanowczo: Zanieś to do domu za 15 minut.

Karolek co prawda nie wiedział o co chodzi, ale przecież nie musiał. Po pierwsze, to rzeźnik jest przecież fachowcem, więc to on powinien się znać. Po drugie zaś – właśnie zyskał 15 minut spokoju. Mógł więc pozwolić swoim mięśniom odpocząć.

Po przykazanych piętnastu minutach nasz mały bohater wziął miskę i pełen obaw, że za chwilę i tak będzie musiał z nią wrócić, zaniósł ją ponownie do domu. Tam, tak jak za pierwszym razem, odebrała ją od niego mama. Spojrzała na zawartość miski, pokiwała z satysfakcją głową i powiedziała: No! Teraz to jest porządnie zmielone!

Karolek był bardzo zdezorientowany. Zupełnie nie wiedział co właśnie się stało. Jak to możliwe, że mięso, które zostało jedynie ręcznie przemieszane przez rzeźnika, nagle okazało się być bardziej zmielone, niż 15 minut wcześniej? 

Teorii miał kilka. Na przykład taką, że rzeźnik okazał się mieć w dłoniach maszynkę do mięsa. Albo taką, że w ciągu tych kilkunastu minut jego mamie zmieniła się definicja pojęcia „mięso mielone”. Pomyślał nawet, że może rolę odegrały jakieś zasady fizyki kwantowej, które sprawiły, że mięso w kwadrans przeistoczyło się z „za mało zmielonego” we „właściwie zmielone”.

Ostatecznie jednak sprawa pozostaje bez odpowiedzi. A Karol do dziś nie może spać nocami, bo głowi się nad zagadką z czasów, kiedy to był jeszcze małym Karolkiem.



*) Kiełbasa to też OWOC. Owoc pracy rąk rzeźnika.
Wychodzi więc na to, że WSZYSCY JESTEŚMY WEGETARIANAMI!

16:12

W dzieciństwie nie nauczono mnie tej rzeczy. Do dziś odczuwam tego konsekwencje

W dzieciństwie nie nauczono mnie tej rzeczy. Do dziś odczuwam tego konsekwencje

Nie miałem złego dzieciństwa. Wręcz przeciwnie. Bardzo miło je wspominam. Żałuję tylko dwóch rzeczy z lat dziecięcej beztroski. Pierwszą z nich jest fakt, że byłem chyba zbyt grzeczny. Za mało sobie pozwalałem na różne szaleństwa, przez co mam teraz naprawdę niewiele bardzo ciekawych wspomnień z tamtego okresu. Drugiej rzeczy zostałem pozbawiony bez mojej świadomości. A konsekwencje tego odczuwam do dziś.

I nie mam tu na myśli małej zabawki, karetki z napędem, którą dostałem pod choinkę. Było to moje ulubione auto. Pewnego zwyczajnego dnia, gdy wróciłem ze szkoły, nie mogłem nigdzie znaleźć tej karetki. Byłem zrozpaczony. Ale dopiero po kilku dniach moich poszukiwań autka dowiedziałem się, że otrzymało je dziecko znajomej jednego z rodziców, podczas wizyty w naszym domu. 

Zupełnie obce mi dziecko całkowicie obcej mi osoby, dostało moją ulubioną zabawkę. Bez mojej wiedzy i zgody. Podczas mojej nieobecności. Nigdy wcześniej nie byłem tak zły i zrozpaczony jak wtedy. Bo też nigdy wcześniej nie spotkało mnie coś takiego. I na szczęście jeszcze tylko raz później.

Nie mogę co prawda powiedzieć, że to wywarło na mnie jakiś wielki wpływ, że mnie w jakiś sposób ukształtowało. Ale na pewno było ważne. O czym świadczy choćby fakt, że do dzisiaj o tym pamiętam.

NAUCZ MNIE SŁUCHAĆ

Inaczej było z inną rzeczą, której mnie pozbawiono. O ile w ogóle można tu mówić o pozbawieniu czegoś, czego tak naprawdę i tak nie miałem. Chodzi bowiem o to, że nie dane mi było posiąść pewnej zdolności. Zdolności, która może się wydawać naturalną, ale w rzeczywistości jej też trzeba się nauczyć.

Jak to jest, że rodzice z pasją i zaangażowaniem uczą dzieci samodzielnego jedzenia, stawiania pierwszych kroków, jazdy na rowerze, czytania, pisania, i jeszcze tysiąca innych umiejętności, a nie uczą ich słuchania muzyki?

Odpowiedź na to pytanie jest banalnie wręcz prosta. Dziecko można nauczyć tylko tego, co samemu się potrafi. Niemożliwym jest więc nauczenie pociechy słuchania muzyki, jeśli samemu się tego nie robi. Jeśli jedyny kontakt z piosenkami, to bierne zazwyczaj słuchanie rozgłośni radiowych, a aktywne słuchanie włącza się co najwyżej w trakcie nadawania programów informacyjnych.

Nie mam więc pretensji do rodziców, że nie zostałem nauczony pełnego czerpania z dobra, jakim jest muzyka. To w końcu nawet w najmniejszym stopniu nie jest ich wina.

Nie zmienia to jednak faktu, że brak ten odczuwam do dziś.

SŁYSZEĆ I SŁUCHAĆ, TO NIE TO SAMO

Chodziłem co prawda na szkolne bale i dyskoteki. Byłem też na kilku pomniejszych koncertach. Ale to praktycznie zawsze chodziło o spędzenie czasu w towarzystwie znajomych, a nie o koncert sam w sobie.

Mam też kilka swoich ulubionych zespołów i muzyków, jak chociażby Lao Che, Czesław Śpiewa, Domowe Melodie, Maria Peszek, Katarzyna Nosowka i Hey. Ale to moje odkrycia dopiero ostatnich lat. I cały czas mam wrażenie, że choć doceniam i uwielbiam ich twórczość, to jednak nie potrafię wyciągnąć z nich maksimum tego, co w sobie mają.

W muzyce skupiam się przede wszystkim na tekście. Jasne, że nawet najlepszy tekst piosenki, bez odpowiednio dobrej muzyki, raczej nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia, jak utwory wymienionych wyżej artystów. Ale to jednak przede wszystkim tekst jest tym, co mnie do nich przyciąga.

Dość powiedzieć, że swoje próby świadomego słuchania muzyki rozpocząłem dopiero po bliższym kontakcie z poezją śpiewaną. Grechuta, Bajori te klimaty. To chyba wystarczająco dobitnie pokazuje, jak ważny w muzyce jest dla mnie tekst?

TEKST TO NIE WSZYSTKO

Muzyka jest dla mnie dodatkiem do treści piosenki. I choć w ten sposób też można czerpać z tego ogromną przyjemność, nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że spora część tej przyjemności mnie po prostu omija. Że przechodzi gdzieś obok. Uśmiecha się co prawda do mnie, nawet macha w moim kierunku, ale ja nie potrafię jej dostrzec, by móc zaprosić do siebie i się zaprzyjaźnić.

Czuję pewnego rodzaju zazdrość, gdy słucham z jak wielką pasją  i radością przyjaciele rozmawiają z moją żona o muzyce. O swoich ulubionych zespołach i piosenkach. O emocjach i uczuciach z nimi związanymi. Czuję zazdrość, gdy widzę jak bardzo cieszą się z faktu, że udało im się zdobyć bilet na wielki koncert ulubionego zespołu.

I ogromnie cieszę się, że moja żona należy do tych szczęśliwców dla których muzyka jest nie tylko niezwykle ważna w życiu, ale też potrafi czerpać z niej wszystko to, co najlepsze. Cieszę się, bo to wielka szansa dla naszego dziecka na to, by również mogło w pełni cieszyć się muzyką.
Copyright © 2016 MARTIN ZALEWSKI